Więcej
    Strona głównaLudzieAktor i reżyser Maciej Borowski: Lubię wesołych ludzi (WYWIAD)

    Aktor i reżyser Maciej Borowski: Lubię wesołych ludzi (WYWIAD)

    Opublikowany

    Grywał już w podstawówce, ale zawsze amatorsko. Dziś też nie planuje zostać profesjonalistą, choć nie ukrywa, że trochę żałuje, że nie podjął studiów aktorskich. Ale cieszy się, że to, co robi, daje ludziom radość. – Bo o to w tym wszystkim chodzi – zaznacza Maciej Borowski, który w miniony weekend debiutował w roli reżysera, przedstawiając widzom spektakl „Wściekłe widelce”. Rozmawia Łukasz Rogalski.

    Teatr nie pojawił się w pana życiu przypadkiem. 

    Nie, zdecydowanie. Wziął się z zamiłowania. Kiedy byłem dzieckiem i chodziłem do szkoły podstawowej, to już wówczas miałem z nim styczność. Brałem udział w teatrzykach, występach czy konkursach recytatorskich. Również na deskach domu kultury w Wolsztynie. Razem z kolegami i koleżankami, przy wsparciu dyrektora szkoły w Świetnie, bo ze Świetna pochodzę, współtworzyliśmy także „Okrągłą Trzynastkę”, taki szkolny teatr. A później, będąc już w szkole średniej, w liceum w Powodowie, jeździłem jako reprezentant szkoły na różnego rodzaju konkursy. Ciągle była więc styczność z aktorstwem, a nawet plan, by pójść do szkoły aktorskiej, do Łodzi.

    Jakby pan do niej poszedł, to pewnie dzisiaj byśmy nie rozmawiali…

    Chyba tak (śmiech). Nie poszedłem, bo nie było funduszy, a życie trochę mi się wówczas pokomplikowało. Odszedłem więc od teatru, zacząłem pracę w Policji i jej się poświęciłem. Aż do dnia, kiedy spotkałem się z Marcinem Chałupką, który również z nami gra w teatrze. On naświetlił mi temat, opowiedział o Teatrze Focus. Nie zastanawiałem się długo, od razu zapytałem, czy mogę przyjść na próbę. I szybko znalazła się nawet jakaś rola dla mnie. I tak zostało do dzisiaj, a teraz doszła jeszcze reżyseria. Bo „Wściekłe widelce”, które miały swoją premierę w miniony weekend, reżyserowałem, po raz pierwszy. 

    Jak to się stało?

    Trochę z przypadku, bo reżyserem teatru jest Adam Żuczkowski, który pewnego dnia zaproponował, by zrobić musical. I nie można powiedzieć, że to zły pomysł, bo fajny, nowy w Wolsztynie. A to było Adama marzenie. Ale nie każdy aktor dobrze czuje się w roli śpiewanej, bo musical właśnie ze śpiewaniem się wiąże. Ja na przykład absolutnie nie mam głosu do śpiewania, choć jest donośny i głośny. Ale nie do śpiewania. I część aktorów też tak uważa o sobie, co spowodowało, że wyłamali się z pomysłu. Wtedy więc zaproponowałem, by zrobić jakąś dodatkową sztukę, którą ja mogę wyreżyserować. Wcześniej bowiem też trochę pomagałem, wyszukiwałem scenariusze, teksty, pracowałem przy dekoracjach. Mój pomysł się przyjął, był entuzjazm, stąd poszedłem dalej i znalazłem scenariusz „Wściekłych widelcy”. To wyjaśnię tylko, że jako Teatr Focus współpracujemy z Agencją Dramatu i Teatru w Warszawie, która zajmuje się prawami autorskim. Stąd dzięki wystawianym przez nas sztukom twórcy scenariuszy otrzymują tantiemy. Ale to tak na marginesie, bo fajną sprawą jest też, że tym razem mamy licencję na 15 spektakli, a nie jak dotychczas na dziesięć. 

    „Wściekłe widelce” się przyjęły, publiczność była zachwycona. 

    Tak, to niezwykle budujące i miłe uczucie, że spotkaliśmy się z tak pozytywnym odbiorem naszej sztuki. Bo próby do niej trwały przez wiele miesięcy, a dla mnie była ona debiutem. Choć przyznam, że od początku miałem już wizję, kogo w jakiej roli obsadzić, jakie dekoracje powinny być. I kiedy usłyszałem wiele dobrych słów, w tym te dotyczące obsady, że była świetnie dobrana, to jako reżyser czułem pewną dumę, a wiem też, że odczuwają ją aktorzy. 

    Czy w takich momentach nie żałuje pan, że nie poszedł do szkoły aktorskiej?

    Oczywiście, że żałuję, nawet bardzo. Bo wiedza, którą bym tam zdobył pozwoliłaby mi sięgnąć do teatru profesjonalnego bądź do filmu. I pewnie można to jakoś naprawić, jeszcze podjąć naukę, ale sądzę, że dzisiaj to już nie ten moment. Poświęciłem się pracy, mam żonę, rodzinę. A szkoła aktorka wiązałaby się z wyjazdem do Łodzi lub Krakowa, ze zmianą miejsca zamieszkania. Dlatego dziś całym sercem angażuję się w Teatr Focus i wiem, że dalej będziemy robić coś fajnego. 

    Co trzeba zrobić, żeby być dobrym aktorem?

    Hmm, to nie jest łatwe pytanie. Myślę, że aby być dobrym aktorem, trzeba mieć w sobie iskrę i wewnętrzną chęć spełniania siebie. Trzeba również czuć siłę sceny, siłę publiczności. Dla mnie bycie aktorem to niezwykle pozytywna adrenalina, która m.in. wynika z tego, że teatr to odskocznia. To miejsce, w którym człowiek może być kimś innym. Może wejść w rolę, zmienić się zupełnie, a przy okazji dać ludziom radość, której na co dzień nie mają. W przypadku Teatru Focus ważne jest też, że jest to bardzo zgrana grupa ludzi, która jest niemal jak rodzina. To jest niezwykła atmosfera i nie raz zdarza się tak, że mamy dłuższą przerwę w graniu, to ktoś się odzywa, że brakuje mu sceny, brakuje kontaktu z publicznością. Po prostu jesteśmy ludźmi, który kochają teatr, stąd jestem zdania, że chyba to jest najważniejsze, aby być dobrym aktorem. To podstawa. 

    Teatr nie jest pana jedyną pasją. 

    Jest jedną z najważniejszych, ale oprócz niej lubię także muzykę, głównie z lat mojej młodości, czyli z 80. i 90., jak Depeche Mode czy Guns N’ Roses. Muzyka towarzyszy mi od dzieciństwa, bo byłem didżejem, prowadziłem szkolne dyskoteki. Dzisiaj natomiast gram na perkusji, a przed trzema laty zapisałem się nawet do prywatnej szkoły muzycznej. Co prawda teraz już nie chodzę, ale w domu nadal gram. I nie wykluczam, że może kiedyś jakiś projekt związany z tym graniem zrealizuję, jeżeli ktoś powie, że potrzebny jest perkusista… (śmiech). Ponadto okazjonalnie łowię ryby i czytam książki. A wracając jeszcze do muzyki, do naszej nowej sztuki co prawda jej nie wymyśliłem, ale wkomponowałem znane kawałki, z takich filmów jak „07 zgłoś się” czy „Kojak”. I dodam, że za nagłośnienie odpowiada mój syn, bo bardzo to lubi. I szybko wdrożył się w rolę dźwiękowca, co świetnie mu wychodzi. Chyba więc rodzina wspiera mnie w tym, co robię… (śmiech). 

    Czy bycie artystą przydaje się w życiu?

    Sądzę, że w moim przypadku tak. Choć nie należę do tych artystów, którzy nadmiernie zagłębiają się w filozofię życia i popadają w skrajności. Ja mam tak, że jak pojawiają się jakieś problemy, to staram się je omijać, myśleć pozytywnie. Żona często mi to mówi, ale co mam zrobić, że taki jestem? Wiem, że ludzie często tego we mnie nie rozumieją, bo mam inne patrzenie na różne rzeczy. Ale po prostu uważam, że wszystko można jakoś rozwiązać. Przedtem trzeba się jednak wyciszyć i dopiero później spojrzeć na problem jeszcze raz, z innej perspektywy, inaczej. 

    Co pana inspiruje?

    Trudne pytania pan zadaje… (śmiech). Nie wiem…, mam w sobie coś takiego, że sam się inspiruje. Ale wie pan co? Ja chyba po prostu lubię zadowolonych ludzi. Lubię, jak to, co robię, daje innym radość, zadowolenie. I to chyba jest dla mnie najlepsza inspiracja do dalszego działania. I dlatego z teatrem robimy to, co robimy. A zwłaszcza ostatni, pełen pozytywnych emocji weekend, pokazał, że teatr jest potrzebny, że jest nim zainteresowanie. Stąd nie myślę o tym, by iść dalej, uczyć się aktorstwa, być zawodowym aktorem. Bo ja jestem takim lokalnym patriotą. I kiedy mamy obchodzi 5 Stycznia (rocznica wyzwolenia Wolsztyna – przyp. red.), to wywieszam flagę… . 

    Czym jest dla pana lokalny patriotyzm?

    Myślę, że to właśnie wspieranie swoich pomysłów, na swoim, małym terenie. Bo nie trzeba robić wielkich rzeczy, aby dawać ludziom radość. Wystarczą mniejsze projekty, jak teatr, jak grupa muzyczna. To powoduje, że ludzie mogą wyjść z domu, spotkać się, posłuchać czegoś lub coś obejrzeć. Lokalny patriotyzm to dla mnie przywiązanie do tego, co dzieje się tutaj, w Wolsztynie. To spajanie lokalnego społeczeństwa. A zauważmy, że dziś nie musimy wychodzić na ulicę z karabinami, by walczyć. To warto doceniać i w inny sposób, choćby poprzez sztukę pokazywać, że zarówno ta mała ojczyzna, jak i ojczyzna w ogóle są dla nas ważne. 

    Tradycyjne pytanie na koniec – kogo poleca pan do następnego wywiadu?

    Janusza Mrozkowiaka. To człowiek z bogatą historią, którą warto przedstawić. 

    Dziękuje za rozmowę.

    Ostatnie artykuły

    Więcej pieniędzy na sport dzięki nowemu systemowi liczenia

    W tym roku na działalność sportową dla organizacji pozarządowych przeznaczono 860 tys. zł. To...

    Sołtysi małych wsi: Czasami trzeba wyszarpać swoje

    Mieszkańcy gminy Rakoniewice niedługo będą wskazywać swoich gospodarzy. Szczególnie w mniejszych miejscowościach ważne jest,...

    Katarzyna: Pozwólcie mi być sobą

    – Przez większość życia patrząc w lustro czułam się jakbym stała obok i sterowała...

    Pierwsze urodziny wyjątkowego domu. Był tort i goście

    Od roku powiat wolsztyński nie jest już białą plamą na mapie środowiskowych domów samopomocy....

    Zobacz również

    Więcej pieniędzy na sport dzięki nowemu systemowi liczenia

    W tym roku na działalność sportową dla organizacji pozarządowych przeznaczono 860 tys. zł. To...

    Sołtysi małych wsi: Czasami trzeba wyszarpać swoje

    Mieszkańcy gminy Rakoniewice niedługo będą wskazywać swoich gospodarzy. Szczególnie w mniejszych miejscowościach ważne jest,...

    Katarzyna: Pozwólcie mi być sobą

    – Przez większość życia patrząc w lustro czułam się jakbym stała obok i sterowała...

    Pierwsze urodziny wyjątkowego domu. Był tort i goście

    Od roku powiat wolsztyński nie jest już białą plamą na mapie środowiskowych domów samopomocy....

    Jesteśmy zacofanym krajem. Walentynki mi to uświadamiają

    – Oczywiście, że chciałbym chodzić za rękę po mieście czy dać chłopakowi buziaka w...

    Do wyborów coraz bliżej. Kolesiński i Walczak – Mortezaei. Kto jeszcze?

    Kampania wyborcza nabiera rumieńców. W poniedziałek (12.02.) minął termin rejestracji komitetów wyborczych. Kandydatów na...