Minęło 529 dni od tragedii, w której zginęła 74-letnia Halina Michałowska z Wolsztyna. Jechała wtedy z mężem Zdzisławem rowerem. Zostali potrąceni przez samochód, którego kierowca stracił panowanie po zderzeniu z innym pojazdem. Żona zginęła na miejscu, jej mąż cudem przeżył. Zapadł wyrok w sprawie, ale kierująca autem odwołała się od decyzji sądu.
Zdzisław Michałowski (77 l.) mieszka dziś sam w jednym z bloków przy ulicy Słowackiego w Wolsztynie. – To zdjęcie zrobiłem żonie w Wilczu dwie godziny przed wypadkiem – mówi, pokazując fotografię w ramce. – Nie ma jej od 529 dni… – dodaje cicho.
I
Z natury jest człowiekiem skrupulatnym. Przez lata pracował na kolei – dokładnie notował przejechane kilometry i ilość spalonego węgla w parowozach. Na emeryturze z tą samą sumiennością liczył przejechane trasy rowerowe, które przemierzali wspólnie z żoną. – Zawsze dbałem o jej bezpieczeństwo. Powtarzałem, że lepiej zejść z roweru i przejść, niż się narażać. Tego dnia jechaliśmy prawidłowo. Nawet biegły stwierdził, że rowery były w idealnym stanie – wspomina. Do tragedii doszło 13 maja 2024 roku na drodze pomiędzy Kolskiem a Sławocinem. 38-letnia wówczas kobieta rozpoczęła manewr wyprzedzania państwa Michałowskich. – Jechaliśmy jeden za drugim, zawsze tak, żebym osłaniał ją przed wiatrem – mówi pan Zdzisław. W chwili, gdy kobieta wyprzedzała ich z lewej strony, z tyłu nadjechało inne auto. Pojazdy zderzyły się lusterkami. – Ona prawdopodobnie się wystraszyła i zamiast jechać dalej prosto, skręciła w prawo, prosto w nas – opowiada.
II
Oboje małżonkowie zostali ciężko ranni. Mimo wysiłków ratowników życia pani Haliny nie udało się uratować. Pan Zdzisław trafił do szpitala w Nowej Soli – tydzień spędził na oddziale intensywnej terapii, a łącznie 15 dni w szpitalu. Miał połamaną miednicę, bark, żebra i uraz głowy. – To był bardzo trudny czas. Córki się mną opiekowały, ale musiały chodzić do pracy. Przed wypadkiem mieszkaliśmy tylko z żoną. Teraz jestem sam… – urywa głos. Kiedy stan zdrowia pozwolił mu stanąć przed sądem, w Nowej Soli ruszył proces w sprawie nieumyślnego spowodowania wypadku ze skutkiem śmiertelnym. – Rozprawa była krótka. Kierująca twierdziła, że jechaliśmy obok siebie i żona przyczyniła się do wypadku. Cyganiła. Jechaliśmy jeden za drugim i powiedziałem to w sądzie – relacjonuje.
III
W czerwcu zapadł wyrok – rok więzienia w zawieszeniu na trzy lata, pięcioletni zakaz prowadzenia pojazdów i 20 tys. zł nawiązki. Kobieta złożyła apelację. – Uważa, że zakaz jest za długi, bo musi wozić dzieci do szkoły, a kara finansowa za wysoka. Nie zgadzam się z nią. Moim zdaniem to i tak łagodna kara za śmierć mojej żony. Nie chodzi mi o pieniądze, tylko o sprawiedliwość – mówi pan Zdzisław. Sprawa trafi do Sądu Okręgowego w Zielonej Górze, ale terminu jeszcze nie wyznaczono.
IV
Pan Zdzisław i pani Halina byli małżeństwem ponad pół wieku. – To była dobra kobieta. Martwiłem się, że to ja pierwszy umrę, dlatego odkładałem pieniądze, żeby była zabezpieczona. Nie spodziewałem się, że to ja zostanę sam – mówi. Na rower już nie wsiada. – Nadal bolą mnie nogi i bark. Mam kolejną wizytę u ortopedy. Ale nawet gdyby było lepiej, chyba już nie będę jeździł – przyznaje. Był za to w Żywcu – jednym z wielu miejsc, które odwiedzili razem. – Pamiętam, na której ławce siedziała. Zrobiłem jej tam zdjęcie. Teraz… za dużo wspomnień. Chyba już nigdzie nie pojadę – mówi, przeglądając album ze zdjęciami wspólnych podróży. Dla pana Zdzisława każda droga kończy się dziś w tym samym miejscu – przy zdjęciu żony na komodzie. To tam wraca codziennie, wspominając kobietę, z którą przejechał tysiące kilometrów i przeżył całe życie.
